BOLS  
New Zealand and Poland 2003
New Zealand - April 2003, Poland - Aug/Sep 2003. Pictures (c)  Marek Galkiewicz and Paul Todd - kiwisport.co.nz
back

 

 

Function: crew member

Position: grinder, kite trimmer

Activity: sea trials, training, attempt to break 24-hours speed record (Southern Ocean/ New Zealand), breaking Polish Coast speed record (Swinoujscie - Gdynia)

Few articles about s/y Bols from The Daily Sail website:

The dog's Bols 

Master of PBO  

Sky's the limit with composites  

Bols

Nowa Zelandia 2003

tekst (c) Marek Gałkiewicz, zdjęcia - Paul Todd, Marek Gałkiewicz

Translation by Google translator

 

No i stało się!

    Jesteśmy w Nowej Zelandii! Plany bogate - opływanie nowej łódki, bicie 24 godzinnego rekordu, zwiedzanie kraju... Dla mnie okazja do zrobienia kilku fotek. Niestety mój wierny Canon-idiotcamera , który tak dobrze mi służył, odmawia dalszej współpracy na lotnisku w Singapurze. Widać nie lubi południowej półkuli. Chcąc nie chcąc zmuszony jestem do wizyty w sklepie wolnocłowym i zakupu nowego. Nie darowałbym sobie miesiąca w NZ bez aparatu. Chłopaki też czynią zakupy i od razu testują... mini sprzęt grający. Na ziemi i w samolocie...

Nastawiony na robienie zdjęć z powietrza jestem bardzo zawiedziony, otrzymując miejsce na skrzydle. Nawet nie przypuszczam że będzie mnie to prześladowało również w drodze powrotnej. Lot do Auckland z Singapuru trochę się dłuży (10,5 godz.), ale wysiadamy w świetnych nastrojach. Nie przeszkadza nam nawet drobny kapuśniaczek, którym wita nas NZ.

Z lotniska jedziemy prosto do Whangaparaoa, gdzie będziemy mieszkać, oddalonego 30 kilometrów od Auckland. Po drodze miga nam tylko śródmieście.

Whangaparaoa, a raczej Gulf Harbour to nowo wybudowane osiedle, nastawione na turystów-żeglarzy. Długie rzędy apartamentowców o wysokim standardzie, poprzedzielane kanałami i marinami. 

Szybko wyrzucamy nasze rzeczy w pokojach i  idziemy na spotkanie z łódka. Do mariny w której stoi mamy 5 minut. Przyzwyczajeni do tego, ze Łódka Sport była zwykle największym okrętem w każdej marinie, początkowo nie możemy namierzyć naszego nowego 94 stopowego kolosa. Później okazuje się, że najmniejszy jacht w tej marinie miał 57 stóp. 

W końcu - jest!!! Szeroka rufa, dwa koła sterowe i czarny maszt. To musi być on.

Krótkie przywitanie ze skipperem Gordonem Kay'em oraz załogą i ...do roboty. Może to i dobrze. Miejmy nadzieję, że nie będziemy odczuwać dwóch dni podróży i zmiany strefy czasowej o 11 godzin. Przy okazji pracy oglądamy okręt dziwując się niemiłosiernie. "Co też ludziska nie wymyślą..." Szczyt techniki.

Cały okręt zaprojektowany przez Hugh Welbourne'a a wykonany w stoczni Boatspeed (artykuł - tutaj) w Australii jest węglowy, posiada balasty wodne 4,8 tony na stronę, przepompowywane grawitacyjnie  w 20 sekund (!), olinowanie stałe z PBO (artykuł o tym włóknie - tutaj) i jak na 94 stopy jest bardzo lekki - tylko 23 tony (13,5 w bulbie). Żagle Doyle'a - węglowe, topowe gennakery o powierzchni 800 m kw, spinakerbom- 14,5 m. Mam dalej wymieniać?... Zainteresowanych danymi technicznymi odsyłam do artykułu, który ukazał się na stronach TheDailySail, a traktującemu o najnowszym projekcie Gordona Kay'a - tutaj.

Kambuz i mesa, pomieszczenie nawigacyjne oraz zejściówka i widok na rufę. Zdjęcia Paul Todd - kiwisport.co.nz 

Krzyś Owczarek ma jednak pewne zastrzeżenia do węglowych  kół sterowych. "Nie wyglądają na solidne. Naszym na Łódce Sport bardziej bym wierzył. Te mógłbym złamać w rękach" - mówi. Nawet nie wie jak sprawdzą się jego słowa. Ale na razie podziwiamy piękny, nowy syperzaawansowany technologicznie statek i oczywiście ciężko pracujemy. 

Praca  nasza przez kilka dni, od rana do nocy (autentycznie) ma na celu przygotowanie do bicia 24 - godzinnego rekordu ustanowionego przez illbruck Challenge, a wynoszącego 485 Mm. Gordon planuje pobić ten rekord na Oceanie Południowym, bez pomocy Golfsztromu który towarzyszył illbruck'owi podczas etapu Volvo Ocean Race i dodawał mu 3-4 węzłów prędkości. Wszystko musi być więc dopięte na ostatni guzik.

Po ostatecznym doklarowaniu łódki kilka dni później, wychodzimy na dwa całodzienne treningi, mające na celu zgranie załogi, przetestowanie i ustawienie wszystkich żagli. Kiedy mam tylko trochę czasu (zwykle nie mam, stojąc na pierwszym młynku) pstrykam fotki. Może to ostatni raz przed spotkaniem z Oceanem?

W czasie treningów towarzyszy nam na pokładzie Hugh Welbourne, który większość czasu spędza przy końcówce komputera umieszczonej na  pokładzie. Bada prędkości, kąty do wiatru, a w tym czasie nasi nawigatorzy kalibrują instrumenty. Sprawdzanie "sprzętu" odbywa się nie tylko na pokładzie. Richard Fryer zchodzi do wody by sprawdzić dziwne odgłosy (bulgotanie?) w okolicach steru. Wygląda jednak na to, że wszystko gra. Możemy ruszać.

Jeszcze tylko oficjalna prezentacja w Auckland. Fajnie. Wreszcie zobaczymy stolicę światowego żeglarstwa. Zajęci pracą na pokładzie, nie mieliśmy czasu, żeby zwiedzić to miasto. Teraz będzie okazja.

Wypływamy do Auckland 02. kwietnia. W drodze uczestniczymy w sesji zdjęciowej dla Superion Yacht Services - firmy Gordona Kay'a. Pokłosie poniżej.

 Zdjęcia pochodzą ze strony superior-yacht-services.com

 

 

 

 Zdjęcia C Paul Todd - Out Side Images - kiwisport.co.nz

Oraz kilka moich...

 

Przed samym wpłynięciem do Auckland, ciekawe spotkanie z... łódką z Pucharu Ameryki. Oczywiście czarterową i sprzed kilku edycji. Ustawiamy się z nią na halsie, ale zabawa trwa krótko. Zarówno na ostrym jak i na gennakerze jesteśmy szybsi o jedną trzecią i to przy idealnych dla łódki pucharowej warunkach. Dobrze mnie to nastawia przed biciem rekordu...

Po przypłynięciu do Auckland, klarujemy wszystko co możliwe i bierzemy się do totalnego sprzątania. Wszak na prezentacji mają być oficjele z NZ światka żeglarskiego, projektant, budowniczy, masa gości itp. itd. Dużo pracy. Po sześciu godzinach każdy centymetr okrętu lśni i jest gotowy na wpuszczenie gości. Oczywiście wstęp tylko w skarpetkach...

Miejsce oficjalnej prezentacji wybrano nieprzypadkowo. Nabrzeże do którego cumujemy okazuje się bazą syndykatu One World z zakończonego przed miesiącem finału Pucharu Ameryki.

 Jaro i ja w bazie One World.

Niezłe miejsce. Choć już miesiąc minął, to nadal przyjemnie obrócić się w prawo i spojrzeć na bazę Oracle BMW i w lewo na Team Alinghi.

Niestety czuje się też przemijanie patrząc na rozbierane właśnie Mascalzone Latino. My jednak jesteśmy szczerze szczęśliwi - dziś wieczorem impreza, a jutro ruszamy do Dunedin  na Południowej Wyspie, skąd mamy bić rekord. 

Impreza jak impreza, kiepskie NZ piwo i dobre wino z Nowego Świata no i jadło przednie z owocami morza z grilla. Mmniaam..

Następnego ranka wstaję o świcie i  ruszam na szybkie zwiedzanie Auckland. Mam tylko 2 godziny, ale może to była jedyna okazja...? Ruszam więc niezwłocznie. Bazy teamów Pucharu Ameryki znajdują się 15 minut piechotą od centrum i chociaż nie znam drogi to kieruję się na doskonały punkt orientacyjny jakim jest wieża Sky Tower.

Przelatuję przeciągiem przez śródmieście odwiedzając po drodze kawiarnię (kawa z rana jak śmietana), zaglądam do żaglowni North Sails NZ, jak również do siedziby i fabryki firmy Southern Rigging - producenta naszego pięknego masztu. Po tej szybkiej wycieczce stwierdzam jedno. Nie wiem jak, ale muszę tu wrócić na dłużej...

 Przed siedzibą Southern Spars...

Po powrocie na statek załogę zastaję wygrzebującą się z betów, więc lekko żałuję, że nie zostałem dłużej w centrum. Nic to...

Czeka nas jeszcze trochę pracy na pokładzie a na 11.00 zaplanowane jest wyjście w morze do Dunedin. Wychodzimy w końcu z "drobnym" opóźnieniem (6 godzin) ale niestety musimy zawrócić, głównie za sprawą  splątanych refów oraz zauważonego pęknięcia na okuciu bomu przy wiązaniu z masztem. Andy Meiklejohn - (dziobowy) odpowiedzialny za maszt, natychmiast przy naszej pomocy wymontowuje pęknięty element i rusza do fabryki "wyprodukować" nowy. Trochę to trwa, mimo że Andy spieszy się bardzo, przynosząc na koniec jeszcze ciepły po anodowaniu kawał aluminiowego profilu. Szybki montaż (godzina) i nareszcie ruszamy. Mamy przed sobą około 1000 Mm.

Przed wypłynięciem...

 Zapada wieczór..

Żegnaj Auckland...

Przelot do Dunedin a właściwie do Christchurch, bo tam ostatecznie wylądowaliśmy trwa 4 dni. Spotykamy po drodze różne warunki. Od całkowitej ciszy (długie godziny na silniku, kiedy mogę trochę popisać) do całkiem ładnych 15 węzłów wiatru.

Siedzę i piszę...

Daje nam to czas na dalsze zgrywanie załogi i testowanie ustawienia żagli, na których mieliśmy bić rekord. Podstawą był pełen grot offshore 3-refowy, jib-top (topowy fok) oraz sztaksel. Na zestawie tym osiągamy stałe prędkości przekraczające 16 węzłów. Jednak nadal brakuje nam treningu w warunkach sztormowych lub zbliżonych, a takich oczekujemy na Oceanie Południowym.

W drodze do Dunedin. Warunki wiatrowe lepsze niż na treningach. Delfiny towarzyszyły nam kilka razy.

Zmiana miejsca startu do bicia rekordu ma bezpośredni związek z tymi warunkami. Początkowo zakładano, że akwen w pobliżu Dunedin, miasta leżącego na południu Południowej Wyspy, zapewni nam możliwość kilku dni treningu w silniejszych warunkach. Wieją tam silne i stałe wiatry związane z przesuwającymi się szybko nad Oceanem Południowym stabilnymi układami niżowymi. Niż taki jest nam właśnie niezbędny, by myśleć o pobiciu rekordu czyli utrzymaniu średniej prędkości około 21 węzłów przez 24 godziny. Stały, silny, trwający co najmniej dwa dni i dający się z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć. 

Mniej więcej dzień drogi przed Dunedin, czyli w okolicach Christchurch nasz pokładowy nawigator Ian Moore (nawigator z illbruck Challenge podczas ustanowienia rekordu w Volvo Ocean Race) wraz z routierem Chris'em Bedford'em stacjonującym w USA namierza układ niżowy doskonale pasujący do naszego zadania - 25 węzłów wiatru, przez  około dwie i pół doby. Skipper Gordon Kay podejmuje decyzję: "Jeśli mamy to zrobić, zróbmy to teraz".

Zawijamy więc do Christchurch a raczej do Lyttelton -  położonego w niewielkiej odległości miasteczka rybackiego, wypakowujemy wszystkie niepotrzebne rzeczy, załadowujemy zapasy, sprawdzamy co tylko się da - słowem przygotowujemy okręt do "walki o życie".

Lyttelton - miasteczko rybackie położone na zboczach wulkanów.

Niestety następują zmiany w załodze. W Christchurch wysiada Alinka Kukla (uczestniczka 57 Sydney to Hobart Regatta na Łódce Bols), która oprócz pełnienia obowiązków członka załogi na pokładzie (młynki, stawianie i zrzucanie żagli oraz wszelkie inne prace) - gotowała. I to jak! A najważniejsze - zawsze na czas. Dotkliwy to dla nas cios.

Dopływamy do Lyttelton...

Alinka filmuje...

... i drapie garnki po obiedzie...

Lyttelton wita nas zimnem i nie najlepszą pogodą (co widać na zdjęciach). Po częściowym sklarowaniu łódki mokrzy i zziębnięci lądujemy w hoteliku dla rybaków przeniesionego jakby z lat sześćdziesiątych. Nie wiedziałem, że istnieją jeszcze takie miejsca na ziemi. Prawdziwy zabytek. Dykta na ścianach, skrzypiąca podłoga, specyficzny zapach starego domu... Po luksusowych apartamentach w Gulf Harbour to miejsce wydaje się nie z tego świata. My jednak marzymy o jednym... Gorący prysznic!!! Prysznic oczywiście jest. A jakże. Jeden na dwadzieścia pokoi ;-) Wodę nagrzewa przepływowy podgrzewacz, więc można mieć albo kilka kropel na krzyż wrzątku lub całkiem niezły strumień lodowatej. Jakoś sobie jednak radzimy i po szybkiej kąpieli i wrzuceniu przemoczonych i z lekka już zatęchłych ciuchów do prania schodzimy do jadalni i baru na odprawę.

Plan jest prosty. Prognoza przewiduje około 25 węzłów wiatru od jutra od godzin południowych. Niż ma się utrzymać dwa dni. Będziemy płynąć 120 - 130 stopni do wiatru pod pełnym grotem, jib-topem i sztakslem. Każde refowanie i zmiana żagli w przypadku silniejszego wiatru jak również jego słabnięcie będzie dla nas przeszkodą oddalającą nas od dobrego wyniku. Zakładana średnia prędkość - 21 węzłów.

Skład załogi:

Rodney Ardern NZ 
Richard Bouzaid NZ 
Ben Costello NZ 
Justin Ferris NZ 
Richard Fryer IRL 
Michael Firmin AUS 
Marek Galkiewicz PL 
Conan Hunt NZ
Maciej Jankielewicz PL
Gordon Kay UK 
Jaro Kaczorowski PL
Rodney Keenan NZ
Dean Kennedy NZ
Mariusz Klupinski PL
Jali Makila FIN
Andy Meiklejohn NZ
Peter Merrington AUS
Chris McMaster NZ
Ian Moore UK
Krzysztof Owczarek PL
Kip Stanley-Harris NZ
Paul Todd NZ
Robert Warren SA 

Cel znamy, skład znamy, warunki znamy. Teraz czas się odprężyć.

Idziemy do miasta by poszukać jakiegoś przytulnego lokalu z dobrym europejskim piwem i omówić wszystko w polskim gronie. Za pierwszym rogiem na London Street, w Lyttelton na końcu świata,18 tysięcy kilometrów od domu odnajdujemy Irish Pub z zimnym Guinessem, który tak polubiliśmy w Irlandii, a pub wypełniony jest..... kim?

POLAKAMI!!!

To się nazywa mieć szczęcie. Są tu przedstawiciele Polonii mieszkający od kilkunastu lat w NZ (emigracja "solidarnościowa"), marynarze oczekujący na statek oraz rybacy gdyńskiego Dalmoru z dwóch przetwórni łowiących dla nowozelandczyków (Pozdrowienia dla załogi Dalmor II). Gadamy więc do późnej nocy "o starych Polakach i karabinach" jednak nie za długo bo przecież jutro rekord ;-)

Następnego dnia od rana dalsze przygotowywanie okrętu i wreszcie ruszamy. Jest 8 kwietnia.

Wypływamy z Lyttelton.

Zimno ale ładnie (tęcza). Zdjęcie Paul Todd -kiwisport.co.nz

Wiatr zdaje się potwierdzać wcześniejsze prognozy. Wieje około 20 węzłów, a fala oceaniczna jest dosyć długa i nie za wysoka. Stawiamy nasz zestaw żagli, wszystkie pozostałe żagle przekładamy pod pokładem na nawietrzną tak samo jak całe zaopatrzenie, narzędzia, rzeczy osobiste i co tam się jeszcze znajdzie. Uruchamiamy silnik i tłoczymy prawie pięć ton wody do zbiorników na nawietrzną, prawą burtę. Dwa przednie, mniejsze żagle przymocowujemy na pokładzie do relingów, żeby były natychmiast dostępne " w razie wojny". Jesteśmy przygotowani. 

Przez dwie pierwsze godziny staramy się pracować równocześnie i żaglami przednimi i grotem. Prędkość wiatru rośnie, prędkość łódki również.

Praca żaglami. Ja na pierwszym młynku. Jali Makila ustawia jib-top'a na zawietrznej. Zdjęcie Paul Todd - kiwisport.co.nz

Przy 26 węzłach odpuszczamy sobie foka i sztaksla i koncentrujemy się na grocie. W bryzgach piany pędzimy w okolicach 26 węzłów przy zjeździe z fali. Dla młynkowych (czyli dla mnie też) to ciężka praca. Pod falę kręcimy, dobierając grota, z falą odpadamy luzując. Sternik i trymer starają się do końca wykorzystać panujące warunki, a przez najbliższe cztery godziny naszej wachty okrzyk "Trimmm..." dobrze nam wchodzi w uszy. Zziajani i mokrzy od potu i zalewających fal po pierwszej godzinie czekamy na zmianę wachty. Ta jednak dopiero za trzy.

Kokpit zalewany przez fale

Przy młynku Maciek

Na "budziku" 27 węzłów

Walka na młynkach

Wszystkie zdjęcia Paul Todd - kiwisport.co.nz

Wiatr nadal rośnie przekraczając czasami 30 węzłów. Rosną też fale. Cześć załogi nie pracująca przy młynkach (zmiany w locie) siedzi na żaglach na nawietrznej, ściśnięta jak kury na grzędzie między relingiem a spinakerbomem. Fale są coraz większe, a przejazd przez nie z szybkością pod 30 węzłów powoduje, że nad pokładem chodzą "dziady" ścinające z nóg a kokpit zamienia się w basen pływacki. Cała załoga nosi kamizelki asekuracyjne, jednak pozycja na burcie wydaje się tak bezpieczna (w końcu to kilka metrów nad wodą), że nieliczni mają wczepione linki bezpieczeństwa. Dlatego z lekkim zdziwieniem zauważam, że Kris Owczarek nie przerywając rozmowy ze mną wczepia się linką w reling. Sytuacja wydaje się stabilna, więc nie przejmuję się tym zbytnio i siedzę dalej nieprzypięty.

I wtedy przychodzi TA FALA. Trafia i zabiera Krisa oraz wszystkich pozostałych członków załogi siedzących na burcie. Oprócz mnie. Cud. Widzę Krisa lecącego w powietrzu w stronę koła sterowego i nagle zatrzymującego się na lince bezpieczeństwa (owczarek na smyczy ;-)) a z nim jeszcze kilku ludzi którzy nie zapieli się tak jak ja. Niektórzy z nich lądują na podstawie koła, niestety kilku ląduje na kole, łamiąc je na pół. Spełniają się więc słowa Krzysia. Katastrofa. Na szczęście sterujący w tym czasie Rodney Ardern (sternik z Team Alinghi) przeskakuje jak tygrys do zawietrznego koła, ratując jacht przed powiezieniem do wiatru. Straty oprócz koła niewielkie, jedynie pogięte stójki (Kris trochę waży ;-) Od tej pory wszyscy jak jeden mąż zapinają linki bezpieczeństwa. Nie chce myśleć co by było gdyby to mnie trafiła ta fala. Siedziałem jako pierwszy od strony dziobu, więc moje miejsce lądowania wypadłoby gdzieś na drugiej burcie (lub za nią). Duuużo szczęścia. 

Rodney nie może długo sterować z zawietrznej, więc w ciągu dziesięciu minut, lewe koło zostaje przełożone na nawietrzną, a połówką połamanego zajmuje się pod pokładem wolna wachta, klejąc je taśmą i wzmacniając listwami.

Rodney Ardern na zawietrznej po złamaniu koła

Robbie Waren zabiera się do demontażu złamanego koła...

Wszystkie zdjęcia Paul Todd - kiwisport.co.nz

Krótko po tym zdarzeniu Paul Todd nagrywa na swoim aparacie krótki film - do obejrzenia tutaj (5.026 Mb C Paul Todd - Out Side Images - kiwisport.co.nz).

Lecz wracając do tematu...

Sytuacja opanowana. Jedziemy dalej. Już nic gorszego stać się chyba nie może... Nasza wachta się kończy, "świeże siły" wypełzają powoli spod pokładu, a my staramy się szybko zjeść liofilizę przygotowaną przez Maćka Jankielewicza i jak najszybciej zregenerować siły snem. Nie jest to jednak proste. Przemoknięci i przemarznięci, stłoczeni jak sardynki na nawietrznej burcie pod pokładem, na żaglach oraz kojach, podrzucani co chwilę w powietrze z każdą kolejną falą, która brzmi jak pociąg towarowy wychodzimy na spotkanie Morfeusza.

Niestety nie dane jest nam odpocząć, bo po zaledwie trzech godzinach zostajemy wezwani do akcji na pokładzie. Chyba będziemy zmieniali żagle. Wiatr znowu stężał i szykuje się ref. Wyczołgujemy się więc na zalewany falami pokład i czekamy na dyspozycje. W zejściówce ukazuje się twarz nawigatora Ian'a który z wyciągniętym kciukiem do góry krzyczy: "Jest OK. Mamy średnią 21 kt, chwilową 32,5. Byle tak dalej..."

Pięć minut później przychodzi TA FALA nr 2. Zabiera ze sobą sternika Richarda Bouzaid'a, który lądując na relingu na rufie trzyma w rękach ...połowę drugiego koła. Niestety nie jest w stanie przeskoczyć do zawietrznego jak Rodney, bo tam jest też tylko połowa. Okręt niebezpiecznie jedzie do wiatru... Trzy sekundy później stoimy w linii wiatru, żagle łopoczą jak opętane, listwy w grocie i foku strzelają i jest "po zawodach". Zanim opanowujemy sytuację mamy rozdartą kieszeń na grocie oraz podartego foka i połamane listwy.

Bez kół sterowych i z podartymi żaglami nie sposób liczyć na pobicie rekordu illbrucka, więc Gordon Kay podejmuje decyzję: drugi ref, zrzucić przedni żagiel i jedziemy do domu.

Szkoda. Szło tak dobrze. Bywa i tak...

Wyruszamy więc w długa drogę do Auckland. Mamy przed sobą co najmniej  cztery dni płynięcia. Wiatr rzeczywiście utrzymuje się według prognozy, po czym słabnie, czasami zamierając zupełnie . Włączamy wtedy "katarynę" - nasz piękny, nowiutki Yanmar 125 koni mechanicznych Diesel, a na pokładzie trwa wzmożona praca nad usuwaniem skutków awarii. Zmieniamy listwy w grocie, grożące podarciem żagla i oceniamy straty.

Zmiana listew. Siedzimy z Jalim Makilą na refie. Zdjęcie Paul Todd - kiwisport.co.nz

Z każdym dniem powrotu robi się cieplej, znak że zbliżamy się do domu. Możemy rozłożyć na słońcu żagle oraz przemoknięte ciuchy i przemoknięte ciała.

Sterowanie na kolanach...

Richard Bouzaid za złamanym kołem...

...a to drugie...

Andy za "półsterem"...

 Suszymy ciuchy...

... i siebie...

Niestety wiatr cichnie czasami zupełnie, a my nie mamy paliwa na całą drogę  powrotną. Zawijamy więc do Napier na Północnej Wyspie, tankujemy i jedziemy dalej. Nieopodal półwyspu Coromandel dostajemy trochę wiatru i płynąc na 800 metrowym gennakerze zbliżamy się powoli (15 węzłów;-) do Auckland. Czeka nas nocna droga przez gęsty od wysepek i skał szlak wodny. Za ster staje na szczęście Jarek, a my wierząc w jego szczęście i doświadczenie spokojnie kontemplujemy noc. Kurs między wysepkami, wytyczony przez Ian'a wymaga od sternika bardzo dużej koncentracji. Jarek jedzie stale powyżej 175 do wiatru a czasami nawet 182! Miejsca na zrobienie rufy raczej niewiele więc cała nasza nadzieja w sterniku. Jakoś nikt z załogi nie kwapi się, żeby go zmienić. Jarek przeprowadza nas na drugą stronę przez najbardziej niebezpieczne miejsca i oddaje ster Mike'owi Firmin'owi. Wszystko co on potrafi "wyciągnąć" to marne 160 stopni. Nasz kapitan to jednak I Klasa.

Docieramy do naszej mariny w Gulf Harbour około południa i z miejsca zabieramy się do roboty. Sprawdzanie żagli, usunięcie połamanych listew, ogólne czyszczenie okrętu. Nasz układ z Gordonem jest prosty. Robimy wszystko co jest do zrobienia i jesteśmy wolni. Już myślimy nad tym jak zaplanować nasz pobyt na najbliższe kilka dni. W planach wypożyczenie samochodu  i objazd NZ dookoła. A jest tu co zwiedzać...

Ale to już w następnej części o wyprawie załogi Łódki Sport do Nowej Zelandii pt. "Załoga Łódki Sport w NZ - czyli znowu jako turyści". Możecie spodziewać się 120-tu zdjęć i masy wrażeń. Do zobaczenia wkrótce! (Jeśli sezon na Tornado  pozwoli;-)

 

Turyści...

Back?